Kulisy zablokowania reportażu w TVP Wrocław. W tle pieniądze z miasta i rzecznik Sutryka

Dodano:
Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk Źródło: PAP / Andrzej Jackowski
W czasie pracy dziennikarza Roberta Jałochy nad zablokowanym przez TVP Wrocław materiałem o akcie oskarżenia wobec prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka stacja ta miała podpisać z miastem umowy medialne na ponad 200 tys. zł. Nowe ustalenia mediów ukazują, jak wyglądały naciski magistratu ws. reportażu.

Kulisy sprawy odsłania w najnowszej publikacji "Gazeta Wyborcza".

Umowy pomiędzy miastem a TVP Wrocław

Z jej ustaleń wynika, że w okresie kiedy Robert Jałocha pracował nad reportażem dotyczącym prezydenta Wrocławia, miasto podpisało ze stacją dwie umowy na kwotę przekraczającą 200 tysięcy złotych. Z ramienia Urzędu Miasta podpisała ją m.in. dyrektor Wydziału Komunikacji Społecznej Agata Dzikowska, zaś ze strony TVP Wrocław – dyrektor Ewa Wolniewicz.

Dziennikarze TVP Wrocław nie ukrywają, że w swojej pracy odczuwali presję, szczególnie ze strony Dzikowskiej. Ich zdaniem, kierowane pod adresem reportażu Jałochy zarzuty są nieprawdziwe. Materiał miał bowiem zachowywać wszelkie standardy dziennikarskie.

Warunki ws. reportażu o Sutryku

W artykule opisano sytuację, jak Robert Jałocha w grudniu 2025 r. wystąpił do sądu o wgląd do dokumentów dotyczących aktu oskarżenia Jacka Sutryka. Przypomnijmy, że chodzi o nieprawidłowości przy uzyskaniu przez prezydenta Wrocławia dyplomu MBA. Dziennikarz przygotowywał wówczas materiał na ten temat. To właśnie wtedy zawarto umowę na cykl audycji promocyjnych. Gdy Jałocha próbował otrzymać zgodę na emisję reportażu, postawiono mu warunek, że ukaże się on tylko wtedy, kiedy przed kamerą osobiście wystąpi Sutryk. Wówczas było już wiadomo, że to nie nastąpi, gdyż prezydent Wrocławia konsekwentnie unikał rozmów z mediami na temat stawianych mu zarzutów. Potwierdziła to w wiadomości do dziennikarza Dzikowska. "Wszystkie informacje w tym temacie zostały już wyjaśnione miesiąc temu. Nie będzie możliwości rozmowy z Panem Prezydentem" – napisała.

Potem jednak pojawiła się zgoda ze strony dyrekcji. Wraz z nią jednak inny warunek. Tym razem naciskano na dziennikarza, aby reportaż został wyemitowany dopiero po lokalnych wyborach w KO. Ostatecznie materiał został zmontowany, zaakceptowany, ale nie trafił na antenę.

"Dlaczego chronimy pana prezydenta?". Burzliwe spotkanie po mailu wydawców

25 marca, a więc miesiąc po powrocie Jałochy z Warszawy, ws. blokady jego materiału wystąpiło pięciu z sześciu wydawców TVP Wrocław. "Do tej pory słyszeliśmy, że możemy wszystko tylko "z głową" – napisali w mailu. "Tymczasem temat o Prezydencie jest chyba najrzetelniej zrobionym materiałem w historii tej redakcji i nie jest emitowany. Praktycznie do każdego zarzutu są fragmenty jego tłumaczeń. Jest odpowiedź na piśmie Agaty Dzikowskiej, że prezydent już wszystko powiedział, jest odmowa wywiadu od pełnomocnika. Przy każdym innym temacie zapytalibyśmy raz i powiedzieli, że nie chcieli mówić. Po czym przytoczylibyśmy, co mówił wcześniej na swoją obronę i tyle" – czytamy. "Cały czas pojawiają się pytania, dlaczego tego nie puszczamy, dlaczego chronimy pana prezydenta. Reporterzy nie zgłaszają tematów, które choćby w najmniejszym stopniu zagrażają miastu, 'bo Agata zadzwoni i trzeba będzie się tłumaczyć'" – wskazali w swoim mailu wydawcy. Kończąc, podkreślili: "autocenzura wyłącza podstawową powinność, jaką mamy, czyli patrzenie politykom na ręce".

Konsekwencją tego maila miało być burzliwe spotkanie dyrektor Wolniewicz z wydawcami. Mimo zamkniętych drzwi, miały być słyszane krzyki, w tym zarzuty pod adresem Jałochy o jego rzekome kontakty z Waldemarem Żurkiem. Z kolei kierownik programów informacyjnych Elżbieta Sobala w odpowiedzi na wiadomość od wydawców napisała, że "prokuratorski akt oskarżenia to jeszcze nie wyrok" oraz że zarzuty często opierają się na niewystarczających lub wątpliwych dowodach. "Niech oceni to sąd, nie dziennikarze" – podkreśliła.

"Robimy coś, bo Agata sobie zażyczyła"

Z publikacji "GW" dowiadujemy się, w jaki sposób wyglądała współpraca redakcji z Dzikowską, która – według relacji dziennikarzy – miała samodzielnie wyznaczać osoby udzielające wywiadów, ingerować po emisji materiałów i wielokrotnie kontaktować się w sprawie treści audycji. – Często były takie sytuacje, że robimy coś, "bo Agata sobie zażyczyła". Albo że robimy rozmowę z kimś, "bo Agata umówiła rozmówcę na konkretną godzinę" – mówią cytowani przez gazetę dziennikarze.

Sama Dzikowska nie uważa, żeby jej działalność naruszała granice niezależności dziennikarskiej. Według niej, nie ma również mowy o konflikcie interesów. – Decyzje dotyczące współpracy z mediami podejmujemy kolegialnie, wspólnie z przełożonymi z Departamentu Marki Miasta, z poszanowaniem zasad wydatkowania środków publicznych wyrażonych w przepisach prawa. Umowy te dotyczą np. realizacji programów informujących np. o kampaniach miejskich, zmianach komunikacyjnych. To leży bezpośrednio w zadaniach do realizacji przez Wydział Komunikacji Społecznej – oświadczyła.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...